Blog > Komentarze do wpisu

Lewicpol- miejsce kaźni i rozpusty (cz. 1)

    Piękny ogród, sadzawki, stajnie, drewniana willa. Wszystko powstałe w wyniku katorżniczej pracy niesłusznie więzionych ludzi- dla uciechy carskiego generała-rozpustnika. Jak się okazuje, najwcześniejszą, dość mroczną historią terenu obecnej jednostki wojskowej nie możemy się chlubić... 

    Kolonia (folwark, majątek) Lewicpol, istniejąca na miejscu dzisiejszej jednostki wojskowej w Lesie Bródnowskim, prawdopodobnie powstała wcześniej niż Zacisze, być może ok. 1815 r. Po raz pierwszy pojawia się na mapie z 1838 r. oraz na mapie Kwatermistrzostwa (1822-43). Nazwa majątku wskazuje na pierwszego właściciela, którym był rosyjski generał Michaił Iwanowicz Lewicki (1761- 1831). Pacyfikował on m.in. insurekcję kościuszkowską, zaś w 1814 r. został komendantem Warszawy. Żona Lewickiego, Zofia, córka popa charkowskiego, była niegdyś kochanką cara Aleksandra I, który zauważył ją w cerkwi i rozkazał sprowadzić sobie na noc. Po kilku dniach, „nabestwiwszy się”, wydał ją za mąż za Lewickiego. Zofia otrzymała w posagu wieś, do której Lewicki odsyłał dezerterów i czynił poddanymi swojej żony. Znalazłszy się Polsce, generałowa wolała przebywać z dziećmi w Warszawie.

 

Lewicpol na Mapie Kwatermistrzostwa Król. Polskiego (1822-43). Do czasu wybudowania fortu XIII i drogi rokadowej (obecnej Skierskiego) do kolonii dojeżdżano bezpośrednio od szosy radzymińskiej, przez dzisiejszy Orlen i starą bramę od strony Bystrej. 

    Wielu niezbyt chwalebnych szczegółów o właścicielu majątku Lewicpol, a także o kaźni i wyzysku zatrudnionej tam służby, dowiadujemy się z pamiętnika jego sąsiada, Leona Drewnickiego. Leon Drewnicki (1791- 1870) został  wykształcony przez rodziców i wychowany patriotycznie. W 1808 roku z grupą kolegów przedostał się z Galicji, by wstąpić do armii Księstwa Warszawskiego. Ranny pod Raszynem; jako sierżant  walczył u boku Napoleona przeciw Rosji i w „bitwie narodów” pod Lipskiem.  Po ucieczce z austriackiej niewoli pracował jako subiekt w Warszawie, a następnie zarządca w wytwórni likierów. Zgromadziwszy kapitał założył własną fabrykę wódek, miodów pitnych i likierów, która przyniosła mu fortunę.  Dzięki temu w 1821 roku nabył od rządu 300 hektarów ziemi (teren dzisiejszego szpitala w Drewnicy) i założył nowoczesny, dobrze prosperujący majątek ziemski. (…) sprowadziwszy kacapów kilkadziesiąt, kazałem rowy kopać i krzaki karczować i zgodziłem cieśli, zabudowałem piękny folwarczek i dwa czworaki dla ośmiu komorników. Założyłem ogrody, zaprowadziłem pszczoły, kupiłem 150 krów, trzy pary wołów i 10 koni. Gospodarstwo szło mnie bardzo dobrze (plantacje warzyw, sady, hodowla bydła i owiec; L. Drewnicki,”Za  moich czasów", PAX, 1971).

    Pisze Drewnicki: „to mnie martwiło, że miałem złych sąsiadów. Z jednej strony graniczyłem z Lewickim, adiutantem Różnieckiego, a z drugiej z (Maciejem) Lewickim, wyrodnym Polakiem, który z Moskiewką, swoją żoną, i dziećmi często mnie robili wizytę, a każda wizyta kosztowała mnie kilkadziesiąt złotych”.

    I trudno się nie dziwić takiemu zmartwieniu, jeśli za sąsiadów mamy łotrów i sprzedawczyków. Gen. mjr Maciej Lewicki kierował Wyższą Wojskową Policją Sekretną (żandarmerią), stworzoną przez gen. Aleksandra Rożnieckiego, „szefa szpicli” i „kumpla Nowosilcowa od libacji”. Zadaniem 280 żandarmów było chwytanie dezerterów i zbrodniarzy oraz transportowanie więźniów i skazańców. Ponadto zajmowali się egzekwowaniem długów skarbowych a wielu było szpiegami. Mimo posiadania gigantycznego budżetu, pazerność skłaniała ich do wymuszania łapówek i bezzwrotnych pożyczek. Gen. Michał Lewicki także był związany z Rożnieckim. Obaj dopuszczali się nadużyć w tzw. deputacji kwaterniczej urzędu municypalnego. Wymuszali od kwaterodawców wojskowych stacjonujących w Warszawie części ich dochodów – przy oczywistym zawyżaniu potrzeb. Równocześnie, Rożniecki wraz z towarzyszami pobierał znaczne kwoty, jako (rzekomo) należne im kwaterunkowe, choć zajmowali apartamenty służbowe (dziennikipowstania.pl).

     Tak Lewicpol opisywał Drewnicki: „Kolonią Lewickiego rządził kapitan Kozaków czarnomorskich Hrudajew, człowiek bardzo poczciwy i dobry. Ja, choć graniczyłem z Lewickim, ani razu nie byłem na jego kolonii. Kapitan Hrudajew bywał u nas często. Żona grała na fortepianie ulubionego kozaka zaporoskiego, a on tańcował. Jednego czasu Hrudajew naparł się, żebym koniecznie poszedł do niego na herbatę. Poszedłem. Najprzód mnie oprowadził po ogrodzie, gdzie były cztery sadzawki napełnione rybami. Hrudajew powiedział do mnie: „Widzisz te sadzawki, te mostki, te kanały, te wszystkie zbytki? Ta robota nic jenerała nie kosztuje, to moi Kozacy i nieszczęśliwi dezerterzy rosyjscy porobili, a za zapłatę mają baty i głód. Pójdźmy teraz, pokażę tobie, gdzie te biedaki nocują".

Była góra piaskowa, wysoka (widoczna do dziś w narożniku jednostki od strony ul. Bystrej- uwaga autora). Na tej górze stał pięknie zbudowany drewniany dom, na boku stajnie, wozownie i duża holendernia.  Hrudajew: „Ta cała budowla prócz drzewa nic jenerała nie kosztuje, to niewolnicy zrobili". Zaprowadził mnie do lochu pod ziemię. Była tam grota murowana; widziałem tam prycze z desek porobione, na których nie było garści słomy. Przy tych pryczach 13 słupów wkopanych, do każdego słupa był przykuty łańcuch z żelazną rogatką i żelazną kłódką, jak figura pokazuje.

„To więzienie dla aresztantów, tu nocują. Te rogatki tyran Lewicki kazał mnie tym nieszczęśliwym aresztantom na noc wkładać na szyję, ale ja tego nie robię, bo ci nieszczęśliwi ludzie cały dzień pracują o głodzie, to przynajmniej niech w nocy odpoczną. Tu jest miejsce na trzynastu, a gdy jaki nowy przybędzie, to na jego miejsce jego jenerał nie odsyła do pułku, z którego zdezerterował, ale odsyła do wsi swojej żony ".

(…)  Już wieczór się zbliżał. Kozacy sprowadzili na kolację dezerterów. Na podwórzu był zrobiony stół z desek i ławy do siedzenia. Dezerterzy mieli głowy pół ogolone, na nogach łańcuchy. Przyniesiono dwie duże misy napełnione gotowanym szczawiem zbieranym na łąkach i chleba komiśnego, który tyran Lewicki na aresztantów pobierał, ale i połowę nie dawał; resztą karmił psy, których chował dużo. Hrudajew mnie powiedział, że ci biedni ludzie całe lato żyją szczawiem, a całą zimę chlebem i wodą”.

   Lewicpol był za czasów generała siedliskiem rozpusty i pijaństwa: „Mówiłem powyżej, że na zaprosiny Lewickiego zawsze wymawiałem się. Jednego razu kapitan Hrudajew przyjechał konno i mówił, że jenerał mnie prosi, abym przyjechał, że ma do mnie pilny interes. Ja wymawiałem się jak zawsze, ale Hrudajew mnie prosił, żebym jechał, co ten starzec, siedemdziesiąt i cztery lat mający, dokazuje. Wzięła mnie chęć widzieć. Kazałem konia osiodłać i pojechaliśmy razem, a przyjechawszy Kozak wziął konie do stajni. Ja wszedłem do pokojów, a zobaczywszy zgrozę chciałem uciec, ale Lewicki pijany krzyknął na Kozaka, aby mnie zawrócił. Ja rad nierad musiałem wrócić. Lewicki do minie powiedział: „Sąsiedzie, czemu nie chcesz się z nami bawić? Ja stary, a lubię bawić się z kobietami, a ty młody od nich uciekasz". Ja powiedziałem: „Panie jenerale, ja mam żonę do zabawy". Lewicki: „Wszak i ja mam. Niech żony bawią się w domu, a my tu. Siadaj do stołu, jedz i pij bez ceremonii". Stół był pełen pieczonych kurcząt, wódki, wina dosyć. Lewicki siedział w końcu stołu, maciora i cztery dziwki siedziały po bokach. Ja wymówiłem się, że mnie się jeść nie chce i siadłem obok niego z daleka.

(Kto znał Lewickiego, to widział, jak paradował po Warszawie, ogromną landarą i czterema kiepskimi koniskami i Kozacy z tyłu za landarą jechali.) Dnia tego Lewicki pijany zajechał na ulicę Furmańską i z domu publicznego zabrał maciorę i cztery dziewki przywiózł do swej kolonii. Rogalował te paskudnice, potem kazał dziewkom rozbierać się do naga, maciora została ubrana. Co ten stary łotr dokazywać z tymi dziewkami, pióro wstydzi się atramentu wypuścić do opisania tego paskudztwa. Najwięcej mnie to obchodziło, że dziewczyna dziewięcioletnia naga razem z tymi paskudnicami jednakowo się bawiła. Ta dziewczyna była córką moskiewskiej kucharki, poddanej Lewickiego. Pijatyka była wielka: poncz, wino, wódka. Wszyscy się popili i po ziemi taczali. Lewicki w fotelu zasnął, ja wysunąłem się za drzwi i uciekłem.

Hrudajew stał od okien z daleka i przypatrywał się tej bezczelności, bo kapitan to mała figura, nie może razem z jenerałem się bawić, bo u Moskali czyn czyna poczętaj. Hrudajew pytał mnie, czy kontent jestem z widzenia bezczelności starego łotra. Ja udałem, że kontent, i prosiłem go, jeżeli drugi raz jenerał będzie robił podobne wesele, aby mnie dał znać, to ja przyjadę widzieć. Prosiłem go, aby o tym nie mówił więcej żonie i powiedziałem, aby przysłał Kozaka, żeby mnie powiedział: „Ysauł (kapitan) was prosyt". To ja będę wiedział, co to znaczy, i ja przyjadę.

Wsiadłem na konia, wróciłem do domu. Żona mnie pytała, czego Lewicki potrzebował. Powiedziałem: „Mówiliśmy o rowach, aby można wodę spuścić do głównego kanału". Na drugi dzień przyszedł Hrudajew. Pytałem jego, czy Lewicki często robi to paskudne wesele. Odpowiedział: „Każdego tygodnia raz, a czasem dwa razy".

Na drugi tydzień przyjechał Kozak, powiedział: „Ysauł was prosyt". Odpowiedziałem: „Skazy, szczo ja zaraz pryjdu". Kozak odjechał, ja napisałem krótki list po rosyjsku do żony Lewickiego, bo po polsku nie umiała czytać, aby przyjechała do kolonii widzieć męża, co on wyrabia z podłemi kobietami, i posłałem konno mego służącego, aby jej do rąk oddał.

Na drugi dzień przyszedł Hrudajew. Pytał mnie, dlaczego nie przyjechałem. Odpowiedziałem, że nie mogłem, bo musiałem pójść do boru sprzedać drzewa dla prażanów. Hrudajew powiedział: „Dobrześ zrobił, żeś nie przyjechał, bo wczoraj była u nas wielka wojna. Ktoś dał znać żonie jenerała, że on robi wesele. On nie spodziewał się przyjechania żony, robił jak zawsze. Jenerałowa wpadła do pokoju, dziewki były nagie, jenerałowa biła ich po pyskach, rwała im włosy, jenerałowi twarz podrapała. Order i krzyże poobrywała, zawołała Kozaków i kazała nagie dziewki batogować. Ubiory ich wyrzucić na podwórze i ich wypędzić. Dziewki złapawszy ubranie uciekły w pole i tam ubrawszy się pieszo udały się do Warszawy. Jenerałowa mnie zawołała i pytała z płaczem, czy często jenerał w kolonii robił podobne brudy. Powiedziałem: «Pani, ja cały dzień jestem przy pracujących ludziach. Co jenerał robił w domu, to ja nie wiem, bo służące mnie nic nie mówiły, bojąc się kary. Bo jenerał im zakazał, żeby nikomu nic nie mówiły, co się dzieje w domu». Zawołała kucharki, mówiła jej, dlaczego swojej dziewczynie pozwalała paskudzić się z jenerałem. Kucharka klęcząc na kolanach tłumaczyła się, że jest poddanką jenerała, że nie może sprzeciwiać się swojemu panu. Jenerałowa tę małą dziewczynę zabrała i powiozła do Warszawy. Lewicki został i długo nie mógł krwi utamować cieczącej z twarzy. Już w nocy pojechał do Warszawy. Lewicki każdego dnia musi być o godzinie dziesiątej rano z raportem u w. ks. Konstantego. Nie wiem, jak on się przed księciem pokaże z tak podrapaną twarzą". S. 75-81.

  Podczas wizyty na Lewicpolu Drewnickiemu pokazano aresztantów, wśród których był Saksończyk Fryderyk Bonkert, kaflarz i stawiacz pieców. Po zakończeniu zlecenia zamierzał wyjechać do Petersburga, niestety, wcześniej musiał wystąpić do Lewickiego o podpisanie paszportu. Ten oświadczył, że potrzebuje kaflarza do robienia pieców na kolonii za sto złotych polskich i żywność. Po zakończeniu pracy Lewicki zabrał Saksończykowi paszport, pieniądze przechowywane w depozycie, „kazał mnie pół głowy ogolić, okuć mnie w łańcuchy i jestem jego niewolnikiem. Parę razy prosiłem go o uwolnienie, to jeszcze dostałem baty. Już więcej boję się jego prosić." Drewnicki udał się do konsula saskiego, zaś ten zaalarmował Ks. Konstantego o uwięzieniu wolnego cudzoziemca. Bonkerta uwolniono w chwili, gdy stał po pas w wodzie, w kajdanach kopiąc kanał. Książęzębami zgrzytał jak dzik ze złości. Kazał wołać Lewickiego, pluł jemu w oczy i kazał zapłacić Bonkertowi po 100 złotych za miesiąc, ile robił, ile trzymał go w więzieniu i 100 talarów wrócić. W. ks. Konstanty, dawszy nogą w zadek Lewickiemu, wypchnął go za drzwi”.  

    Cz. 2- Lewicpol- letnisko, folwark i wojsko- już wkrótce. 


sobota, 31 stycznia 2015, tomek81277

Polecane wpisy

  • Hitlerowski obóz pracy na Łodygowej

    Na terenie powiatu warszawskiego hitlerowskie obozy pracy przymusowej istniały w kilku miejscowościach, m. in. w Falenicy, Rembertowie, Wilanowie, Burakowie, Pu

  • Zbóje z szosy radzymińskiej

    Pod koniec XIX i na początku XX wieku szosa radzymińska biegła przez znaczny obszar pustkowia, przez bagniska, trzcinowiska i zarośla, oddzielające ówczesne osa

  • Odręczny plan Zacisza z 1994 r.

    Rysowany odręcznie plan Zacisza z ok. 1994 r. (w zasadzie unikat, gdyż planów osiedla nikt nie sporządzał poza szkicem związanym z zagospodarowaniem, dołączonym